-Ross-
Chciełem iść do Caroli, aby dowiedzieć się o co chodzi. Postanowiłem iść krótszą drogą, która prowadzi przez las. W połowie drogi usłyszałem łamanie gałęzi. Tak jak by ktoś na nią nadepnął. Nie byłem to ja, ponieważ na mojej drodze nie było nic. Odwróciłem się, ale nikogo nie było. Pomyślałem, że to sarna. Poszedłem więc dalej, lecz znowu usłyszałem czyjeś kroki. Postanowiłem biec. Ktoś biegł za mną. Był to wysoki i szczupły męszczyzna. Miał kominiarkę na twarzy i pistolet w ręku. Byłem bardzo wystraszony i biegłem ile sił w nogach. Gdy stanąłem i się odwróciłem nikogo nie było. Postanowiłem iść dalej. Jednak męszczyzna wyskoczył z krzaków i postrzelił mnie w klatkę piersiową. Straciłem przytomność. Gdy się obudziłem leżałem w szpitalu. Nie wiem kto mnie znalazł i kto zadzwonił po karetkę, ale byłem tej osobie bardzo wdzięczny. Gdyby nie ona lub on, to pewnie już bym nie żył. Zobaczyłem, że stoi przy mnie lekarz i mówi, że trzeba jechać na salę operacyjną wyciągnąć kulę, bo inaczej skończę na wózku inwalidzkim lub umrę. Pojechałem na salę operacyjną.
-Laura-
-Ciekawie gdzie jest Josh. Muszę do niego zadwonić.- Wybrałam numer Josh'a i zadzwoniłam.-Halo?! Josh?
-Tak, słucham?-Rozległ się męski, wystraszony głos.
-Josh to ja Laura. Coś się stało?
-Posłuchaj to może być dla Ciebie szok ale...
-Josh! Josh co się stało?!- Byłam bardzo wystraszona. Nie wiedziałam co się dzieje.
-Ross'a ktoś postrzelił! Jest teraz w szpitalu. Właśnie go operują. Proszę przyjedź jak najszybciej do szpitala.- Powiedział to, jakby się cieszył i był smutny jednocześnie i się rozłączył.
-Halo!? HALO?! Josh!...O mój Boże! Muszę tam jechać!- Schowałam telefon do torebki i pojechłam do szpitala. Ręce i nogi trzęsły się mi jak galareta. Bałam się o Ross'a. Wiem, że ostatnio spędzam z nim i resztą paczki mniej czasu, ale to wciąż mój przyjaciel. Dojechałabym w 5 minut do szpitala, ale akurat musiały być cholerne korki. Stałam w nich 10 minut. Ale wreszcie się wydostałam i ruszyłam dalej. Przy drzwiach wejściowych do szpitala stał Josh. Rozmawaiał z kimś przez komurkę i był bardzo szczęśliwy. Lecz gdy mnie zobaczył, od razu się rozłączył i zrobił minę smutnego szczeniaczka.
-Josh!- Podbiegłam i go przytuliłam.-Jak się czuje Ross?
-Jeszcze nie wiem. Cały czas jest na sali operacyjnej. Chodźmy do mojego samochodu i poczekajmy.- Poszliśmy do samochodu. Gdy wsiadliśmy Josh poszedł do sklepu, aby kupić nam jakieś napoje. Siedziałam sama w samochodzie. Płakałam, bo bałam się, że mogę już nigdy nie zobaczyć Ross'a. Rozglądałam się po samochodzie. Gdy się odwróciłam, zauważyłam jakiś schowek. Zajżałam tam. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę.
Boski *•* czekam na next <3
OdpowiedzUsuńi będę żyć w niepewności co dalej :(
OdpowiedzUsuńSuper rozdział czekam na next. Przy okazji zapraszam na mojego Bloga http://r5itsmylife.blogspot.com/
OdpowiedzUsuń